Wyobraźcie sobie taką scenę: najbardziej rozpoznawalny chiński dysydent ląduje w Pekinie po ponad dekadzie na wygnaniu, a zamiast kajdanek czeka go jedynie dwugodzinna pogawędka na lotnisku. Ai Weiwei, ikona walki z autorytaryzmem, wrócił odwiedzić matkę – i przy okazji odpalił kilka bomb informacyjnych na temat AI, powszechnego nadzoru oraz cenzury, która jego zdaniem panoszy się wszędzie. Czy to sygnał, że standardy Wschodu i Zachodu niebezpiecznie się do siebie zbliżają?
TL;DR
- Ai Weiwei wrócił do Chin w grudniu 2025 roku po raz pierwszy od dekady; kontrolę graniczną opisał jako naturalną, niczym „połączenie przerwanej rozmowy telefonicznej”.
- W swojej 90-stronicowej książce „On Censorship” definiuje cenzurę jako władzę nad sferą intelektualną i punktuje błędy AI na przykładzie swojego selfie z Alice Weidel.
- Artysta uważa, że Zachód stosuje podobne metody nadzoru co Chiny, podając jako przykłady odwołanie jego wystawy oraz blokadę artykułu w Royal Academy.
- Weiwei chwali Chiny za skok technologiczny i większą swobodę osobistą, jednocześnie wytykając Zachodowi utratę moralnego kompasu.
- Twórca nie żałuje kontrowersyjnego zdjęcia z liderką AfD, broniąc jej prawa do głosu i popierając ideę niezależności Niemiec od wpływów USA.
Powrót do Chin – ryzyko i ulga
Ai Weiwei, urodzony w 1957 roku w Pekinie, dorastał w obozach pracy na północnym zachodzie Chin po tym, jak jego ojciec, poeta Ai Qing, popadł w niełaskę. W 2011 roku artysta spędził 81 dni w bezokiennej celi o powierzchni zaledwie 15 metrów kwadratowych za swoją działalność opozycyjną. Chińskie służby straszyły go wtedy wyrokiem 13 lat więzienia, szydząc, że jego syn Lao nawet go nie rozpozna. Paszport odzyskał dopiero w 2015 roku i natychmiast udał się na emigrację, krążąc między Lizboną, Berlinem a Cambridge.
W grudniu 2025 roku, zabierając ze sobą 17-letniego syna Lao, który nigdy nie widział babci, Weiwei wsiadł w samolot do ojczyzny. Na pytania o strach odpowiadał krótko:
„Jestem Chińczykiem z chińskim paszportem, mam prawo odwiedzić matkę”.
Po wylądowaniu przeszedł dwugodzinny wywiad z urzędnikami i po prostu wyszedł na wolność. Całe doświadczenie opisał jako „nagle wznowioną rozmowę telefoniczną” lub „kawałek jadeitu, który po latach idealnie wskoczył na swoje miejsce”. Zapachy, światło, temperatura – wszystko było znajome. Jak widać, nawet największe ikony buntu potrafią poczuć nostalgię, choć Weiwei zarzeka się, że z patriotyzmem nie ma to nic wspólnego.
To prawdziwa ironia losu: człowiek, którego po filmie o ofiarach trzęsienia ziemi w Syczuanie z 2008 roku okrzyknięto „najniebezpieczniejszą osobą w Chinach”, wrócił do kraju bez zbędnych dramatów. Ta wizyta nie sprawiła jednak, że nagle odzyskał wiarę w ludzkość – artysta wciąż wyżej ceni szybkie selfie niż klasyczną poezję z czasów dynastii Tang.
Książka „On Censorship” – cenzura to nie tylko domena Chin
Najnowsza publikacja Ai Weiweia to 90-stronicowy manifest wydany przez Thames & Hudson, który bierze na celownik aparat państwowy i jego mechanizmy kontroli. Autor definiuje cenzurę jako „sprawowanie władzy nad przestrzenią intelektualną” – narzędzie służące do zniewalania umysłów i główne źródło politycznej korupcji. Według niego społeczeństwa liberalne żyją w błędzie, myśląc, że problem ich nie dotyczy: „nawet w najbardziej słoneczne dni cień jest rzeczą nieuniknioną”.
Książka wykracza poza analizę reżimów autorytarnych, ostrzegając przed cenzurą jako zjawiskiem globalnym. Ai Weiwei, mając w pamięci 81 dni aresztu, ciągłą inwigilację i groźby, dostrzega te same schematy na Zachodzie. Twierdzi, że w Wielkiej Brytanii i Niemczech spotkało go „kilka takich incydentów”. Przykładowo, w listopadzie 2023 roku galeria Lisson odwołała jego wystawę po wpisie na platformie X dotyczącym poczucia winy za prześladowania Żydów, które rzekomo rzutuje na postrzeganie świata arabskiego. Choć artysta zaprzeczył oskarżeniom o antysemityzm, wystawa nie doszła do skutku.
Podobny los spotkał go w Royal Academy, instytucji, która w 2015 roku zorganizowała mu wielką wystawę, a w 2011 nadała honorowe członkostwo. Tym razem odmówiono publikacji jego artykułu o wolności słowa. Oficjalnym powodem był brak miejsca, jednak Weiwei uważa, że decyzja zapadła znacznie wcześniej z pobudek politycznych. Jak sam pisze:
„Mówienie prawdy ma swoją cenę – są nią niewydane książki i zamknięte wystawy”.
To zmusza do refleksji: czy zachodni świat faktycznie jest tak wolny, jak lubimy o nim myśleć?
AI pokazuje swoje granice – lekcja z selfie
W swojej książce Ai Weiwei wbija szpilę w technologię sztucznej inteligencji, punktując jej słabości na bardzo konkretnym przykładzie. W 2018 roku artysta zrobił sobie selfie z Alice Weidel, liderką niemieckiej partii AfD – postacią kontrowersyjną, wnuczką nazisty, która domaga się masowych deportacji i krytykuje niemiecką kulturę pamięci o Holokauście. Co ciekawe, algorytmy AI uznały to autentyczne zdjęcie za deepfake, ponieważ uznały, że te dwie postaci politycznie do siebie „nie pasują”.
Weiwei nie wykazuje skruchy z powodu tej fotografii. Twierdzi, że choć postulaty Weidel mogą być błędne, jest ona „bardziej racjonalna niż wielu innych niemieckich polityków”. Przyjęcie przez Niemcy 1,2 miliona imigrantów nazywa „hojnym gestem”, ale dodaje, że chęć wprowadzenia ograniczeń nie jest czymś z gruntu złym. Imponuje mu również dążenie liderki AfD do uniezależnienia Niemiec od wpływów USA, co kwituje stwierdzeniem: „To jest coś, co po prostu trzeba zrobić”. Brzmi to osobliwie, biorąc pod uwagę pro-trumpowskie nastawienie AfD, ale Weiwei widzi w tym głębszą logikę.
Ten incydent idealnie obrazuje „edge cases”, czyli skrajne przypadki, na których wykładają się algorytmy – AI z założenia przyjmuje, że świat jest przewidywalny i czarno-biały. Artysta ironizuje, że każda sztuka, którą sztuczna inteligencja potrafi łatwo skopiować, jest w gruncie rzeczy bezwartościowa. Jego własne projekty, jak choćby 100 milionów ręcznie malowanych porcelanowych nasion słonecznika (stworzonych przez 1600 rzemieślników dla Tate Modern) czy instalacja z 14 tysięcy kamizelek ratunkowych na berlińskim Konzerthausie, wymagają unikalnego, ludzkiego pierwiastka.
Chiny w górę, Zachód w dół – zmiana globalnej perspektywy
Poglądy Ai Weiweia przeszły wyraźną ewolucję. Dziś postrzega on Chiny jako kraj „w fazie wznoszącej” – docenia postęp technologiczny i rosnący zakres swobód osobistych. Z kolei Zachód w jego oczach traci spójność logiczną i moralny autorytet, osuwając się w stronę „czegoś ledwo rozpoznawalnego”. Choć dorastał w „czarnej dziurze” u boku prześladowanego ojca, nie kieruje się nostalgią ani tanim patriotyzmem – z Chinami łączą go obecnie głównie paszport i sędziwa matka.
Artysta otwarcie mówi, że na Zachodzie czuje „taki sam oddech nadzoru i cenzury” jak w swojej ojczyźnie. Jego nadchodząca instalacja w Aviva Studios w Manchesterze to swoisty most między tymi światami: 30 ton guzików z likwidowanej londyńskiej fabryki zostało przetransportowanych do Chin, gdzie lokalni rzemieślnicy przerobili je na wiszące dzieła sztuki. To dowód na to, że Chiny wciąż stanowią centralny punkt odniesienia dla jego twórczości.
Pozostaje pytanie: czy to przejaw łagodniejszego kursu wobec Pekinu, czy może chłodna, realistyczna ocena sytuacji? Współpraca USA i Chin w obszarze AI jest znacznie głębsza, niż chcieliby przyznać politycy, co zdaje się potwierdzać tezy Weiweia o chińskim prymacie technologicznym. Artysta prowokuje nas do myślenia: współczesny świat to „pęknięte lustro”, które odbija coraz bardziej wykrzywioną rzeczywistość.
Źródła: The Guardian, CNN, Artnet News, Thames & Hudson (książka), Reuters, The Independent
