Wyobraźcie sobie Darrena Aronofsky’ego – gościa odpowiedzialnego za mroczne, psychodeliczne jazdy typu „Rekwiem dla snu” – który nagle serwuje nam historyczne dramaty wyplute przez algorytmy. Projekt „On This Day… 1776” miał być ambitnym eksperymentem z generatywną sztuczną inteligencją, a tymczasem stał się viralowym przykładem wszystkiego, co w AI potrafi pójść nie tak. Czy to faktycznie zmierzch tradycyjnego Hollywood, czy po prostu bolesna wpadka przy pracy?
Co to właściwie za serial i kto za nim stoi?
„On This Day… 1776” to cykl krótkometrażowych filmów, z których każdy trwa niespełna pięć minut. Materiały lądują co tydzień na kanale YouTube należącym do TIME Studios. Ich zadaniem jest przybliżenie kluczowych momentów z 1776 roku, czyli okresu amerykańskiej wojny o niepodległość, podanych w formie fabularyzowanych wstawek. Premiera idealnie wstrzeliła się w okres przygotowań do 250. rocznicy powstania USA, co miało nadać całości odpowiedniego ciężaru gatunkowego.
Za sterami projektu zasiadło Primordial Soup, czyli studio Darrena Aronofsky’ego, które postawiło sobie za cel wdrażanie sztucznej inteligencji do procesów filmowych. Kooperacja z TIME Studios, wspierana technologicznie przez Google DeepMind, miała udowodnić, że AI potrafi realnie poszerzyć horyzonty twórców. Aronofsky, pełniący tu rolę producenta wykonawczego, zapowiadał stworzenie „zupy, a nie szlamu”, chcąc pożenić ludzką wrażliwość z surową mocą obliczeniową maszyn.
Nowe odcinki debiutują dokładnie w rocznice opisywanych wydarzeń, co ma budować specyficzne napięcie chronologiczne. Nie mamy tu do czynienia z nudnym dokumentem, lecz ze stylizowanymi rekonstrukcjami z pełnymi dialogami i ścieżką dźwiękową, gdzie postacie formatu George’a Washingtona czy Thomasa Paine’a wygłaszają niemal teatralne kwestie.
Technologia pod maską – jak AI buduje rewolucję?
Za stronę wizualną odpowiada generatywna sztuczna inteligencja od Google DeepMind, wykorzystująca modele Veo do generowania wideo oraz Gemini do pracy nad tekstem. Zespół artystek zajmował się animowaniem scen przy użyciu tych narzędzi, jednak finalna postprodukcja – w tym montaż, korekcja barwna i miks dźwięku – pozostała w rękach ludzi. Co ciekawe, głosów postaciom użyczyli aktorzy zrzeszeni w związku zawodowym SAG, muzykę napisał Jordan Dykstra, a nad scenariuszem czuwał zespół pod wodzą Lucasa Sussmana.
Cały proces to próba hybrydowego połączenia tradycyjnego warsztatu z nowinkami: maszyny wypluwają obrazy, a ludzie starają się je dopieścić. Efekt? Na pierwszy rzut oka dostajemy błyszczące kadry z bogactwem detali, jak choćby wiernie odwzorowane kostiumy czy historyczne wnętrza domu Longfellowa. Niestety, diabeł tkwi w szczegółach – twarze bohaterów potrafią „płynąć”, tła straszą artefaktami (jak choćby winylowe elewacje w XVIII-wiecznych koloniach), a animacja ruchu bywa irytująco szarpana.
Sponsorzy pokroju Salesforce widzą w tym przede wszystkim poligon doświadczalny: celem nie jest zastąpienie rzemieślników, ale dotarcie tam, gdzie wcześniej budżet nie pozwalał. Ben Bitonti z TIME Studios określa to mianem „artystycznego wykorzystania AI pod ścisłym nadzorem kreatywnych umysłów”.
Przykładowe odcinki – co widzisz na ekranie
Debiutancki epizod zatytułowany „1 stycznia: Flaga” trwa zaledwie kilka minut i zdążył już zgromadzić ponad 125 tysięcy wyświetleń. Widzimy w nim króla Jerzego III ogłaszającego rebelię w Massachusetts, a zaraz potem George’a Washingtona, który wciąga flagę z trzynastoma pasami na maszt Prospect Hill – wykonany zresztą z drewna brytyjskiego okrętu Diana. Dialogi ociekają patosem, a w tle słyszymy huk armat i bitewny zgiełk żołnierzy.
Drugi odcinek, „10 stycznia: Zdrowy rozsądek”, skupia się na postaci Thomasa Paine’a i jego słynnym pamflecie „Common Sense”, który stał się iskrą dla dążeń niepodległościowych. Na ekranie Benjamin Franklin namawia Paine’a do chwycenia za pióro, a sceny wypełnione są ekspresyjną gestykulacją. Mamy tu dynamiczne cięcia i budującą napięcie muzykę, choć tekst na samym pamflecie bywa momentami kompletnie nieczytelny, co jest typową bolączką generatorów obrazu.
Cała seria ma być emitowana przez bity rok, dostarczając odcinki w kluczowe rocznice. To nie jest suchy wykład z historii – maszyny starają się stworzyć immersyjne doświadczenie typu „byłeś tam”, dbając o takie szczegóły jak tekstura włosów czy zmarszczki, choć finalnie całość momentami przypomina estetyką spoty rekrutacyjne do wojska.
Backlash z piekła rodem – co mówi internet i krytycy?
Reakcje odbiorców są bezlitosne: od komentarzy typu „najbardziej nienaturalna rzecz, jaką widziałem”, przez porównania do „animatroniki z taniego parku rozrywki”, aż po oskarżenia o „niszczenie historii szlamem AI”. Internauci na YouTube bezlitośnie punktują efekt doliny niesamowitości – to to dziwne uczucie grozy, gdy cyfrowy twór wygląda prawie jak człowiek, ale coś w nim budzi instynktowny lęk. Martwe spojrzenia, brak synchronizacji ruchu ust z mową czy topniejące rysy twarzy Benjamina Franklina (wyglądającego jak miks Hugh Laurie i Anthony’ego Hopkinsa) to tutaj norma.
Krytycy z takich redakcji jak Hollywood Reporter, Kotaku czy The Guardian również nie gryzą się w język. Angie Han z THR określiła projekt mianem „bezdusznego contentu robionego pod lajki”, a Guardian posunął się do porównania całości do „horroru z udziałem animatronicznych zabawek erotycznych”. Historycy też nie klaszczą z zachwytu, nazywając produkcję amatorską i niebezpieczną, ponieważ sprowadza złożone fakty do poziomu płaskich sloganów reklamowych.
Aronofsky’emu obrywa się najmocniej – fani twórcy „Pi” czy „Mother!” czują się zdradzeni, widząc, jak ich idol firmuje swoim nazwiskiem propagandę w plastikowym wydaniu. Całkowicie zignorowano koszty środowiskowe trenowania modeli AI, a efekt końcowy przypomina najtańsze rekonstrukcje z History Channel.
Kit czy hit? Analiza z dystansem
Szukając pozytywów: można docenić precyzyjne tempo narracji wymuszone przez ograniczenia techniczne AI, dbałość o niektóre detale historyczne oraz samą odwagę w testowaniu nowych form wyrazu. To eksperyment przeprowadzany na żywym organizmie – rewolucja amerykańska staje się tu metaforą kruchości pozycji AI w Hollywood po ostatnich strajkach. Czy z tego chaosu wyłoni się kiedyś nowa gramatyka filmowa? Czas pokaże.
Na ten moment wady są jednak przytłaczające: dolina niesamowitości całkowicie dominuje nad przekazem, a z ekranu wylewa się tzw. „slop”, czyli bezduszny, masowy produkt cyfrowy. Brakuje tu głębi, postacie wyglądają jak swoje własne klony, a montaż momentami sprawia wrażenie chaotycznego. Dla osób siedzących w technologii to ciekawe demo ograniczeń generatywnej sztucznej inteligencji, ale na pewno nie dzieło sztuki.
Dla osób siedzących w technologii to ciekawe demo ograniczeń generatywnej sztucznej inteligencji, ale na pewno nie dzieło sztuki. Nie oznacza to jednak, że branża zamierza wyciągnąć z tego projektu hamulec bezpieczeństwa – wręcz przeciwnie, kolejne korporacje przygotowują własne odpowiedzi na potrzeby filmowców. Przykładem jest choćby fakt, że nowe AI Amazonu wkracza do kinematografii, a start testów beta tego rozwiązania zaplanowano już na marzec.
Ironia losu polega na tym, że Aronofsky chciał pokazać nam przyszłość, a wyszła mu niezamierzona karykatura. To hit dla łowców viralowych wpadek i kit dla każdego, kto oczekiwał od mistrza czegoś więcej. W dobie takich modeli jak Sora czy Veo, ten serial to jasne ostrzeżenie: bez sprawnego ludzkiego oka AI pozostanie tylko cyfrowym bełkotem.
Źródła: Hollywood Reporter, Kotaku, The Guardian, CNET, PetaPixel, YouTube (TIME Studios), Deadline
