Wyobraź sobie, że Twój autorski algorytm tworzy arcydzieło, a Ty odbijasz się od ściany w urzędzie, próbując je zarejestrować. Stephen Thaler walczył o to przez dekadę, ale Sąd Najwyższy USA właśnie rozwiał jego nadzieje. Czy to ostateczny koniec marzeń o cyfrowym autorstwie?

TL;DR

  • Sąd Najwyższy USA odmówił rozpatrzenia sprawy (certiorari) Stephena Thalera 2 marca 2026 roku.
  • Sporny obraz „A Recent Entrance to Paradise” z 2012 roku został wygenerowany autonomicznie przez system DABUS.
  • Amerykański Urząd ds. Praw Autorskich (US Copyright Office) twardo wymaga ludzkiego autorstwa.
  • Thaler ostrzega, że brak ochrony prawnej doprowadzi do zalewu sieci śmieciowymi treściami AI.
  • Wielka Brytania i Chiny prezentują bardziej liberalne podejście do własności intelektualnej maszyn.

Historia sporu Thalera z urzędem ds. praw autorskich

Stephen Thaler, informatyk i ojciec systemu sztucznej inteligencji DABUS (skrót od Device for the Autonomous Bootstrapping of Unified Sentience), już w 2012 roku „wypluł” światu obraz zatytułowany „A Recent Entrance to Paradise”. Ta abstrakcyjna kompozycja powstała w sposób całkowicie autonomiczny – bez żadnego sterowania czy ingerencji człowieka w proces twórczy. W 2018 roku Thaler postanowił sprawdzić system i złożył wniosek o rejestrację praw autorskich w Amerykańskim Urzędzie ds. Praw Autorskich, wskazując DABUS jako jedynego autora.

Urząd odprawił go z kwitkiem w 2022 roku, kwitując krótko: prawa autorskie to przywilej ludzi. Sąd okręgowy w Dystrykcie Kolumbia pod wodzą sędzi Beryl Howell przyklepał tę decyzję, a sąd apelacyjny tylko potwierdził ten kierunek. 2 marca 2026 roku Sąd Najwyższy ostatecznie odmówił przyjęcia sprawy do rozpatrzenia, kończąc batalię trwającą ponad dziesięć lat. Ironia losu jest tu aż nadto widoczna: Thaler zbudował maszynę, która miała myśleć samodzielnie, ale system prawny wciąż desperacko szuka na papierze ludzkiego podpisu.

To nie porażka, lecz filozoficzny kamień milowy – stwierdził Thaler w wiadomości przesłanej do redakcji CNET.

Argumenty Thalera: twórca systemu to autor dzieła

Thaler uparcie twierdzi, że jako architekt DABUS jest de facto ojcem sukcesu każdego obrazu, bo bez jego kodu maszyna byłaby tylko martwym hardwarem. Jego prawnicy dwoili się i troili, przekonując, że prawo autorskie musi ewoluować wraz z technologią, wyciągając z rękawa precedensy Sądu Najwyższego dotyczące adaptacji przepisów do postępu. Ich zdaniem kurczowe trzymanie się definicji „ludzkiego autora” to prosty sposób na zahamowanie innowacji w sektorze kreatywnym.

Zespół Thalera użył celnego porównania do aparatów fotograficznych – nikt przecież nie odbiera praw fotografowi tylko dlatego, że to puszka z soczewką zarejestrowała światło. Thaler wieszczył nadejście „perfekcyjnej burzy”, w której internet zostanie zalany niskiej jakości papką AI, a sądy utoną w pozwach od spryciarzy roszczących sobie prawa do cudzych generatów. Brak ochrony prawnej może paradoksalnie uderzyć w same firmy technologiczne, które z obawy przed bezkarnym kopiowaniem zaczną chować swoje algorytmy głębiej do szuflady.

Cała ta sytuacja ma w sobie nutkę sarkazmu: walcząc o podmiotowość maszyn, Thaler tak naprawdę próbuje ratować ludzki rynek przed totalnym chaosem.

Stanowisko urzędów i sądów: tylko człowiek jako autor

Amerykański Urząd ds. Praw Autorskich pozostaje głuchy na te argumenty: dzieło musi wyjść spod ludzkiej ręki (lub umysłu), by zasłużyć na ochronę. Rzecznik instytucji z satysfakcją odnotował, że decyzja SN jest jedyną słuszną drogą. Sądy niższych instancji wielokrotnie przypominały, że obowiązująca ustawa o prawie autorskim po prostu nie przewiduje istnienia autorów, którzy nie są ludźmi.

Warto pamiętać, że to nie pierwsza przegrana tego wizjonera – jego wcześniejsze próby opatentowania wynalazków stworzonych przez DABUS również spaliły na panewce w USA, Wielkiej Brytanii i UE. Sędzia Howell w swoim orzeczeniu złośliwie dodała nawet przypis o braku jakiejkolwiek kreatywności w procesach, które są czysto algorytmiczne. Wymóg ludzkiego autorstwa pozostaje więc nienaruszalnym fundamentem amerykańskiego systemu prawnego.

Co istotne, ten wyrok nie przekreśla szans na copyright w przypadku prac wspomaganych przez sztuczną inteligencję, o ile człowiek wykaże się istotnym wkładem, np. poprzez zaawansowane promptowanie czy późniejszą edycję.

Różnice międzynarodowe: nie wszędzie tak surowo

Podczas gdy USA buduje mur wokół ludzkiej twórczości, Wielka Brytania i Chiny zaczynają puszczać oko do algorytmów. Brytyjskie prawo przewiduje ochronę dla dzieł generowanych komputerowo, jeśli można wykazać wkład człowieka w proces ich powstania. Chiny idą jeszcze odważniej, przyznając ochronę utworom AI bez tak rygorystycznego patrzenia na ręce twórcy.

Thaler w swoich pismach procesowych nie szczędził złośliwości pod adresem USA, zarzucając ojczyźnie innowacji skrajny konserwatyzm, który ignoruje światowe trendy. Lista państw z elastycznym podejściem do własności intelektualnej rośnie, co w przyszłości może nieźle namieszać w międzynarodowym handlu IP. Polscy artyści, którzy stawiają na AI-export, mogą paradoksalnie zyskać przewagę konkurencyjną wszędzie tam, gdzie amerykański rygor nie sięga.

To rodzi zabawną sprzeczność: system prawny USA, zazwyczaj stawiany za wzór nowoczesności, w tym konkretnym przypadku staje się hamulcem postępu technologicznego.

Implikacje dla AI i co dalej z kreatywnością maszyn

Werdykt Sądu Najwyższego cementuje status quo: dzieła stworzone w 100% przez AI lądują w domenie publicznej, co oznacza, że każdy może je kopiować bez płacenia komukolwiek złamanego centa. Thaler drży na myśl o fali spamu i armii trolli, którzy będą przypisywać sobie autorstwo maszynowych grafik. Z drugiej strony, tradycyjne branże kreatywne mogą odetchnąć z ulgą – na razie nie zostaną zmiecione z planszy przez darmowe grafiki z Midjourney.

Jednak tacy sceptycy jak Cory Doctorow widzą w tym zwycięstwo prawdziwych artystów: słabo uargumentowana sprawa Thalera tylko ułatwiła sędziom postawienie twardej granicy. Jaka czeka nas przyszłość? Być może Kongres kiedyś ugnie się pod naciskiem lobby technologicznego i zmieni ustawę, ale dziś AI musi mieć swojego ludzkiego opiekuna. Domena publiczna dla AI to obecnie największa pułapka dla inwestorów w sektorze generatywnym.

Stephen Thaler mimo wszystko nie składa broni i powtarza swoje motto: „Prawo nie nadąża za technologią”. Choć jego ścieżka prawna wydaje się ślepym zaułkiem, informatyk już planuje kolejne kroki w tej cyfrowej krucjacie.

Źródła: CNET, Reuters, The Verge, Wired, Ars Technica, IPWatchdog, CNBC

Najczęściej zadawane pytania