Wyobraźcie sobie książkę, w której nie znajdziecie ani jednego zdania – jedynie nieskończoną listę nazwisk. Właśnie taką „bombę” podłożyli znani literaci pod nogi gigantów technologicznych, którzy masowo pożerają ich dorobek do karmienia algorytmów. Manifest trafił prosto na London Book Fair, a moment nie jest przypadkowy – brytyjski rząd stoi przed decyzją, która może zmienić zasady gry w świecie praw autorskich.

TL;DR

  • Blisko 10 000 twórców, w tym noblista Kazuo Ishiguro i Philippa Gregory, podpisało się pod pustą publikacją „Don’t Steal This Book”.
  • Inicjatorem akcji jest Ed Newton-Rex, były dyrektor w Stability AI, który odszedł z firmy w ramach sprzeciwu wobec jej polityki.
  • Protest zbiega się z rządowymi konsultacjami w UK – do 18 marca zapadną kluczowe decyzje dotyczące ochrony własności intelektualnej.
  • Giganci tacy jak Anthropic zaczynają odczuwać skutki oporu, wypłacając już 1,5 mld USD w ramach ugód z autorami.
  • Wydawcy proponują alternatywę w postaci systemu licencyjnego PLS, który ma ucywilizować dostęp AI do chronionych treści.

Pusta książka jako symbol buntu

„Don’t Steal This Book” to nie jest kolejna próba literackiej awangardy, lecz brutalnie szczery manifest. Jedyną treścią tej publikacji jest spis nazwisk około 10 tysięcy autorów, którzy mówią głośne „nie” darmowemu eksploatowaniu ich pracy. Egzemplarze krążą po London Book Fair, pojawiając się dokładnie tydzień przed publikacją rządowego raportu o przyszłości prawa autorskiego w dobie sztucznej inteligencji.

Lista płac tego protestu robi wrażenie: Kazuo Ishiguro, Philippa Gregory, Richard Osman, Mick Herron, Marian Keyes, David Olusoga czy Malorie Blackman. Dołączyli do nich również Jacqueline Wilson, Kate Mosse oraz Sebastian Faulks. 10 000 nazwisk tworzy masę krytyczną, której politycy i korporacje nie mogą już ignorować z uśmiechem na ustach.

Przekaz na tylnej okładce jest krótki: „Rząd brytyjski nie może zalegalizować kradzieży książek na rzecz firm AI”. To genialne w swojej prostocie – skoro algorytmy chcą kopiować, to tym razem nie dostały ani jednego przecinka do przeanalizowania.

Ed Newton-Rex – nieugięty bojownik praw autorskich

Mózgiem całej operacji jest kompozytor Ed Newton-Rex, obecnie szef organizacji Fairly Trained, która certyfikuje modele AI trenowane wyłącznie na legalnych danych. To człowiek, który wie, jak to wygląda od środka – rzucił prestiżowe stanowisko dyrektora audio w Stability AI, nazywając ich model biznesowy „eksploatacją” twórców.

Newton-Rex ma już na koncie podobne akcje, jak choćby „cichą płytę” nagraną z tysiącem muzyków. Jego zdaniem cała dzisiejsza branża generatywnej sztucznej inteligencji „zbudowana jest na skradzionych pracach, bez pytania o zgodę i bez płacenia rachunków”.

Generatywne AI bezpośrednio konkuruje z twórcami, których dzieła wykorzystuje do treningu, skutecznie pozbawiając ich źródeł dochodu.

Choć sam jest muzykiem, jego walka o interesy pisarzy trafia w sedno problemu całej branży kreatywnej. To ironiczne, że kompozytor musi uczyć gigantów technologicznych szacunku do słowa pisanego.

Rząd UK pod presją: co z prawami autorskimi?

Atmosfera gęstnieje, bo 18 marca ministrowie mają przedstawić ocenę ekonomiczną planowanych zmian w prawie. Na stole leży kontrowersyjna propozycja: firmy rozwijające AI mogłyby korzystać z chronionych utworów domyślnie, chyba że autor wyraźnie zgłosi sprzeciw (mechanizm opt-out).

Scenariuszy jest kilka: od utrzymania status quo, przez obowiązkowe licencjonowanie, aż po całkowitą wolną amerykankę dla „badań komercyjnych”. Pomysł na opt-out dla twórców wywołał furię w środowisku artystycznym – sam Elton John nie gryzł się w język, nazywając rządzących „absolutnymi przegranymi”.

Rzecznik rządu stara się tonować nastroje, zapewniając o chęci wspierania innowacji przy jednoczesnej ochronie kreatywności. Jednak dla pisarzy to tylko ładne słówka, które mają przykryć próbę legalizacji systemowego zawłaszczania ich własności.

Ugody i pozwy: ile kosztuje AI dane?

Batalia nie ogranicza się tylko do Wysp Brytyjskich. Anthropic, odpowiedzialny za model Claude, musiał niedawno przełknąć gorzką pigułkę w postaci 1,5 miliarda dolarów ugody w pozwie zbiorowym. Autorzy zarzucili firmie, że ich chatbot uczył się na pirackich bazach danych zawierających tysiące książek. Procesy o podobnym kalibrze toczą się obecnie po obu stronach oceanu.

Malorie Blackman stawia sprawę jasno: oczekiwanie zapłaty za wykorzystanie owoców czyjejś pracy nie jest fanaberią, lecz fundamentem cywilizowanego rynku. Jeśli interesują Was inne formy oporu, warto sprawdzić kampanię „Kradzież to nie innowacja” z udziałem Cate Blanchett, gdzie narracja o ochronie ludzkiej pracy brzmi niemal identycznie.

Modele językowe potrzebują gigantycznych zbiorów danych, by brzmieć naturalnie, ale darmowe paliwo w postaci chronionej literatury właśnie się kończy. Ryzyko kosztownych procesów sprawia, że inwestorzy zaczynają nerwowo spoglądać na działy prawne.

Wydawcy kontratakują schematem licencyjnym

Podczas London Book Fair branża wydawnicza zaprezentowała konkretne rozwiązanie: Publishers’ Licensing Services (PLS). To organizacja non-profit, która chce stworzyć ramy dla zbiorowego licencjonowania treści dla potrzeb AI, oferując technologiczny „marchewkę” zamiast kija w postaci pozwów.

Zamiast dzikiego scrapingu sieci, wydawcy proponują cywilizowane, płatne licencje. PLS, współpracując z Authors’ Licensing and Collecting Society, planuje ruszyć z testami tego modelu już w kwietniu 2025 roku. Schemat PLS ma być tarczą szczególnie dla mniejszych wydawnictw, które w pojedynkę nie mają szans w starciu z prawnikami technologicznych gigantów.

Czy to wystarczy, by ugasić pożar? Pisarze domagają się realnej ochrony, a nie symbolicznych kwot. Piłka jest teraz po stronie rządu, który musi wybrać: czy stawia na bezduszną wydajność AI, czy na przetrwanie ludzkiej kultury.

Źródła: The Guardian, Daily Mail, Music Ally, NPR, Publishers’ Licensing Services, X.com (tweety Ed Newton-Rex i Daily Mail)

Najczęściej zadawane pytania