Wyobraźcie sobie, że Wasz ulubiony aktor wraca na wielki ekran, mimo że od roku spoczywa na cmentarzu. Val Kilmer, legendarny Iceman z Top Gun, ożyje dzięki algorytmom sztucznej inteligencji w dramacie archeologicznym „As Deep as the Grave” – i co najważniejsze, dzieje się to przy pełnym błogosławieństwie jego najbliższych.
TL;DR
- Val Kilmer otrzymał angaż jako Father Fintan w 2020 roku, lecz choroba uniemożliwiła mu wejście na plan
- Sztuczna inteligencja odtworzy wizerunek i głos aktora za zgodą jego dzieci, Mercedes i Jacka
- Produkcja w reżyserii Coerte Voorheesa opowiada o archeologach i plemieniu Navajo w latach 20. XX wieku
- Związek zawodowy SAG-AFTRA wciąż negocjuje zasady ochrony przed nieautoryzowanym użyciem cyfrowych klonów
- Magazyn Variety opublikował już pierwsze materiały prezentujące cyfrowe wcielenie gwiazdora
O czym opowiada „As Deep as the Grave”?
Produkcja Coerte Voorheesa to oparta na faktach opowieść o parze archeologów, którzy w latach 20. ubiegłego wieku współpracowali z plemieniem Navajo, by odkryć sekrety pierwszych cywilizacji Ameryki. Val Kilmer miał pierwotnie wcielić się w postać Fathera Fintana – katolickiego duchownego o rdzennych korzeniach, który w swojej posłudze łączył duchowość Indian z wiarą chrześcijańską. Ta rola wydawała się skrojona pod Kilmera, ponieważ aktor sam posiadał indiańskie korzenie i od lat fascynował się kulturą południowo-zachodnich stanów USA.
Prace nad projektem zostały wstrzymane, gdy rak gardła odebrał Kilmerowi możliwość swobodnej pracy przed kamerą. Reżyser przyznaje, że scenariusz powstawał z myślą o konkretnej charyzmie i aparycji gwiazdora. Dziś, rok po śmierci aktora w wieku 65 lat, produkcja rusza z miejsca, choć dokładna data premiery pozostaje tajemnicą. Nie mamy tu do czynienia z kinem science-fiction, lecz z klasycznym dramatem historycznym, w którym technologia pełni rolę protezy dla nieobecnego artysty.
Warto przypomnieć, że to nie pierwszy raz, gdy Kilmer korzysta z cyfrowego wsparcia. Już w hicie „Top Gun: Maverick” głos Icemana został zrekonstruowany przez algorytmy, ponieważ aktor zmagał się z poważnymi problemami z mową jeszcze za życia.
Jak powstała cyfrowa podobizna Kilmera?
Reżyser Voorhees połączył siły z ekipą First Line Films, aby wygenerować fotorealistyczne obrazy oraz syntetyczny głos Kilmera. Proces ten opierał się na analizie tysięcy archiwalnych zdjęć i nagrań z różnych etapów kariery aktora. Modele sztucznej inteligencji trenowano tak, by potrafiły wiarygodnie symulować nie tylko wygląd, ale też specyficzną mimikę, sposób poruszania się i unikalną intonację dialogów. To znacznie bardziej zaawansowany proces niż popularne w sieci deepfake’i – mówimy o pełnowymiarowej kreacji aktorskiej.
Wykorzystane technologie generatywne potrafią przetworzyć setki godzin materiałów źródłowych, by stworzyć spójny cyfrowy byt. Voorhees zapewnia, że efekt końcowy do złudzenia przypomina Kilmera z jego najlepszych lat, zachowując nawet charakterystyczną chrypkę w głosie. Aby uniknąć sztuczności i błędów w detalach, rodzina udostępniła twórcom prywatne archiwa, które posłużyły jako dodatkowy materiał treningowy dla sieci neuronowych.
Choć Hollywood widziało już podobne eksperymenty, jest to pierwszy przypadek, w którym AI przejmuje główną rolę w filmie fabularnym po śmierci aktora. Można w tym dostrzec pewną ironię, biorąc pod uwagę, że sam Kilmer był wielkim entuzjastą technologicznego postępu w sztuce.
Rodzina i reżyser dają zielone światło
„Zawsze patrzył na nowe technologie z optymizmem, widząc w nich narzędzie do poszerzania granic opowiadania historii. Honorujemy tego ducha w filmie, którego Val był i pozostaje kluczową częścią” – napisała córka aktora, Mercedes Kilmer, w oficjalnym oświadczeniu dla Variety.
Syn gwiazdora, Jack, również w pełni popiera ten nietypowy projekt. Rodzina zgodnie twierdzi, że ich ojciec bardzo chciał dokończyć tę konkretną historię i byłby zachwycony takim rozwiązaniem. Voorhees zdecydował się na użycie AI dopiero po uzyskaniu pełnej aprobaty bliskich – bez ich wsparcia projekt trafiłby do kosza. To podejście stoi w opozycji do działań wielkich wytwórni, które czasem próbują wykorzystywać wizerunki zmarłych bez pytania kogokolwiek o zdanie.
Reżyser ma świadomość, że stąpa po cienkim lodzie i wywołuje etyczną dyskusję, jednak twardo trzyma się argumentu o woli zmarłego. Pełna zgoda spadkobierców sprawia, że w oczach twórców przedsięwzięcie jest moralnie czyste i stanowi formę cyfrowego hołdu dla talentu Kilmera.
Hollywood w sporze z AI i związkiem SAG-AFTRA
Aktorzy zrzeszeni w związku SAG-AFTRA spędzili ponad 100 dni na pikietach, walcząc o systemowe zabezpieczenia przed ekspansją generatywnej sztucznej inteligencji. Udało im się wywalczyć konieczność uzyskiwania zgód na wykorzystanie cyfrowego wizerunku oraz gwarancje finansowe. Obecnie trwają ostre negocjacje ze studiami filmowymi i telewizyjnymi, które mają precyzyjnie uregulować kwestię tworzenia całych ról przez algorytmy.
Sytuacje takie jak ta z Kilmerem rodzą trudne pytania o to, kto powinien kontrolować cyfrowe klony i do czyjej kieszeni mają trafiać tantiemy. Choć związek nie wydał jeszcze oficjalnego komunikatu w tej sprawie, w przeszłości wielokrotnie blokował próby „wskrzeszania” artystów bez jasnych ram prawnych. Gwiazdy takie jak Cate Blanchett i Scarlett Johansson otwarcie nazywają niekontrolowane AI formą kradzieży tożsamości.
Sytuacja jest o tyle specyficzna, że tutaj rodzina mówi „tak”, co komplikuje sprawę prawnikom. Hollywood właśnie testuje granice wytrzymałości etycznej widzów i branży, sprawdzając, jak daleko można się posunąć w cyfrowej nekromancji.
Co to znaczy dla przyszłości kina?
Projekty pokroju „As Deep as the Grave” otwierają prawdziwą puszkę Pandory. Dzięki AI studia mogą teoretycznie przywracać na ekran Jamesa Deana czy Carrie Fisher w nieskończoność – bez ryzyka strajków, żądań podwyżek czy humorów na planie. Istnieje jednak obawa, że takie kino straci duszę, pozbawione chemii między aktorami, spontanicznej improwizacji czy po prostu ludzkich niedoskonałości, które budują autentyczność.
Redakcja Esquire określa to zjawisko jako hollywoodzki znak ostrzegawczy – podczas gdy wielkie korporacje szukają oszczędności na żywych pracownikach, publiczność otrzymuje jedynie cyfrowe symulakry dawnych idoli. Z drugiej strony, dla najwierniejszych fanów Vala Kilmera to być może ostatnia szansa na godne pożegnanie z jego talentem. Przyszłość prawdopodobnie przyniesie nam więcej takich hybrydowych produkcji, o ile zostaną one ujęte w sztywne ramy regulacji.
Pozostaje pytanie, które każdy widz będzie musiał zadać sobie sam: czy to jeszcze sztuka i hołd dla wielkiego aktora, czy już tylko technologiczne lenistwo? Odpowiedź poznamy zapewne dopiero po premierze, gdy zobaczymy, czy cyfrowy Kilmer potrafi wykrzesać z siebie te same emocje, co ten prawdziwy.
Źródła:Variety, CNET, The Verge, NBC News, People, Esquire
