Wyobraź sobie, że powierzasz sztucznej inteligencji swoje najgłębsze sekrety – pytasz o leczenie raka wątroby czy stan rodzinnych finansów – wierząc, że nikt nie patrzy Ci na ręce. Tymczasem Perplexity miało serwować te czaty na tacy Google i Meta, korzystając z ukrytych trackerów. Najnowszy pozew stawia sprawę jasno: tryb incognito w tym wydaniu to czysta fikcja literacka.

TL;DR

  • Perplexity miało udostępniać pełne transkrypty rozmów Google i Meta, nawet w trybie anonimowym
  • Tryb incognito nie blokuje trackerów takich jak piksel Meta czy narzędzia Google Ads
  • Pozew zbiorowy obejmuje lata 2022-2026 i dotyczy m.in. wrażliwych danych zdrowotnych
  • Brak bezpośredniego linku do polityki prywatności na stronie głównej serwisu
  • Użytkownikom mogą przysługiwać kary ustawowe w wysokości do 5000 USD za naruszenie

Co dokładnie zarzuca pozew Johnowi Doe?

Anonimowy użytkownik z Utah, występujący w dokumentach jako John Doe, wytoczył ciężkie działa przeciwko Perplexity, Google oraz Meta w ramach pozwu zbiorowego. Twierdzi on, że firma po cichu implementuje trackery reklamowe, które przesyłają kompletne zapisy interakcji z AI do technologicznych hegemonów. Proceder ten ma dotyczyć każdego, kto korzysta z serwisu, bez względu na posiadanie konta – od pierwszego wpisanego zapytania, aż po sugestie generowane przez silnik.

Okazuje się, że całe rozmowy udostępniane gigantom trafiają do Meta i Google wraz z metadanymi pozwalającymi na identyfikację, takimi jak adresy e-mail. Doe wykorzystywał Perplexity do optymalizacji podatkowej, szukania porad prawnych oraz planowania inwestycji, by ostatecznie odkryć, że jego prywatne finanse stały się wiedzą publiczną dla algorytmów reklamowych. Pozew akcentuje, że żaden świadomy użytkownik nie spodziewałby się takiej „gościnności” w narzędziu, które promuje się jako bezpieczna alternatywa dla tradycyjnych wyszukiwarek.

Grupa powodów reprezentowana w procesie obejmuje osoby z całego USA korzystające z usługi od 7 grudnia 2022 do 4 lutego 2026 roku, ze szczególnym uwzględnieniem mieszkańców Kalifornii. Co ciekawe, z powództwa wyłączeni są subskrybenci planów Pro i Max, ponieważ John Doe nie korzystał z tych płatnych wariantów i nie może reprezentować ich interesów przed sądem.

Jak te trackery w ogóle działają?

Perplexity naszpikowało swoją witrynę narzędziami śledzącymi, wśród których prym wiodą piksel Meta, Google Ads, DoubleClick oraz Conversions API od Meta. Te skrypty ładują się w przeglądarce automatycznie w momencie wejścia na stronę i bez zbędnej zwłoki zaczynają ekspediować transkrypty rozmów na zewnętrzne serwery. W przypadku osób niezalogowanych, nawet proste zapytania są wysyłane wraz z bezpośrednim odnośnikiem do całego wątku czatu.

Największy cios otrzymali ci, którzy naiwnie liczyli na anonimowość: nawet po aktywacji trybu incognito strumień danych nie wysycha, a identyfikatory osobowe nadal płyną do odbiorców. Meta Conversions API służy tu jako sprytne obejście – łączy się z pikselem w taki sposób, by skutecznie omijać popularne blokery reklam i skryptów śledzących. Pozew porównuje to do podsłuchu zainstalowanego bezpośrednio w przeglądarce, co stanowi jawne naruszenie zarówno przepisów stanowych, jak i federalnych.

Dzięki temu układowi Perplexity zyskuje dostęp do zaawansowanej analityki i potężnych narzędzi marketingowych, płacąc za nie prywatnością swoich użytkowników. Trackery działają w cieniu, eksploatując najbardziej wrażliwe informacje w celu precyzyjnego targetowania reklam lub odsprzedaży danych podmiotom trzecim, co dla wielu jest przekroczeniem czerwonej linii etyki w AI.

Tryb incognito – obietnica czy ściema?

Od dłuższego czasu Perplexity buduje swój wizerunek wokół trybu incognito, obiecując użytkownikom pełną anonimowość i zapewniając, że rozmowy wyparowują z serwerów po 24 godzinach. Ludzie kupują tę narrację, powierzając algorytmom pytania, których baliby się zadać lekarzowi czy doradcy finansowemu, wierząc, że ich cyfrowy ślad zostanie zatarty.

„Tryb incognito w żaden sposób nie chroni przed udostępnianiem treści rozmów firmom Meta i Google” – czytamy w ostrych słowach zawartych w pozwie.

Nawet osoby opłacające subskrypcję, które świadomie zaznaczyły opcje prywatności, mogą znaleźć swoje e-maile i unikalne identyfikatory w logach trackerów. System AI często zachęca do przesyłania plików, takich jak skany dokumentów czy wyniki biopsji, co drastycznie podnosi stawkę – nagle po sesji z chatbotem użytkownik może zostać zalany reklamami leków onkologicznych.

Fakty są bezlitosne: incognito nie blokuje trackerów, mimo marketingowych zapewnień o bezpieczeństwie. To klasyczna pułapka na użytkownika: zachęca się go do dzielenia się wrażliwymi informacjami pod płaszczykiem ochrony, podczas gdy w rzeczywistości dane te stają się towarem na cyfrowym targowisku.

Polityka prywatności ukryta w cieniu

W przeciwieństwie do takich gigantów jak Google czy Bing, strona główna Perplexity nie raczy nas bezpośrednim linkiem do polityki prywatności. Trzeba się nieźle nagimnastykować, by ją odnaleźć, a nawet gdy już się to uda, próżno szukać tam szczegółowych informacji o konkretnych trackerach. Firma ogranicza się jedynie do lakonicznych ostrzeżeń, że blokowanie sygnałów „do not track” może negatywnie wpłynąć na jakość świadczonych usług.

Autorzy pozwu oskarżają startup o rażące naruszenie własnych deklaracji: Perplexity oficjalnie twierdzi, że nie sprzedaje ani nie udostępnia wrażliwych danych do celów reklamy behawioralnej. Tymczasem zaimplementowane trackery robią dokładnie to, co rzekomo jest zakazane. Google i Meta również dostają rykoszetem – miały one łamać własne regulaminy zabraniające przetwarzania poufnych informacji pochodzących z narzędzi śledzących, co zazwyczaj robią, by unikać kosztownych procesów.

Brak wyraźnej zgody użytkownika na instalację trackerów sprawia, że cała operacja nabiera znamion działania złośliwego i lekkomyślnego. Firma nie tylko nie informuje o masowym eksporcie danych, ale też nie oferuje skutecznych mechanizmów, które pozwoliłyby ten proceder zatrzymać bez rezygnacji z usługi.

Konsekwencje – kary i co dalej?

Stawka w tej grze jest ogromna – mówimy o milionach czatów i potencjalnych karach ustawowych sięgających 5000 USD za każde pojedyncze naruszenie. Do tego dochodzą grzywny karne oraz konieczność zwrotu zysków wypracowanych na bazie nielegalnie pozyskanych informacji. Powód, John Doe, deklaruje, że bez sądowego zakazu takich praktyk nie będzie mógł bezpiecznie korzystać ze swojego ulubionego silnika odpowiedzi.

Google tradycyjnie umywa ręce, twierdząc, że nie bierze odpowiedzialności za to, jak ich narzędzia konfigurują partnerzy zewnętrzni. Perplexity i Meta na razie nabrały wody w usta. Cała sytuacja wpisuje się w szerszy trend – wcześniejsze wycieki z ChatGPT czy obecność trackerów w innych modelach AI pokazują, że prywatność w erze generatywnej sztucznej inteligencji to często tylko pobożne życzenie.

Ironia losu jest tu wyjątkowo gorzka: Perplexity urosło na fali niechęci do inwigilacyjnych praktyk Google, a ostatecznie samo dostarcza dane do tych samych rąk. Dla użytkowników to sygnał, że czas przeprosić się z zaawansowanymi blokerami skryptów i zacząć wnikliwie czytać regulaminy – zanim ich historia choroby stanie się paliwem dla kampanii farmaceutycznych.

Źródła:

Ars Technica, Bloomberg, The Decoder, oficjalna polityka prywatności Perplexity.ai

Najczęściej zadawane pytania