Wyglądało jak niszowy serwis o polityce AI. Problem w tym, że za „redakcją” miały stać boty, a za pieniędzmi – polityczny komitet powiązany z ludźmi OpenAI. Sprawa AcutusWire jest ciekawa nie dlatego, że internet znów zalał automat, tylko dlatego, że chodzi o wpływ na debatę o regulacjach.
TL;DR
- AcutusWire uruchomiono 29 grudnia 2025 i w ciągu kilku miesięcy opublikowano 94 artykuły
- Według analizy Pangram 69% treści miało być w pełni wygenerowanych przez AI, a 28% częściowo
- Super PAC Leading the Future, powiązany m.in. z Gregiem Brockmanem i a16z, miał finansować stronę
- Publikacje uderzały w krytyków branży AI i wspierały narrację przeciw regulacjom stanowym
- Sprawa wraca do wcześniejszych ostrzeżeń OpenAI o użyciu AI do wpływania na politykę
Jak AcutusWire miało udawać niezależne medium?
AcutusWire wystartowało pod koniec 2025 roku bez przejrzystej stopki redakcyjnej, nazwisk autorów, które dałoby się łatwo zweryfikować, ani jasnej informacji, kto odpowiada za publikacje. Według śledztwa Model Republic serwis korzystał z zaplecza, które miało automatyzować nie tylko pisanie tekstów, ale też wysyłanie pytań do rozmówców. To nie był detal – właśnie na tym opierała się wiarygodność całego projektu.
W materiale opisano m.in. formularz z polem „AI Background Context” i przyciskiem „Generate Story Draft”, a także adres [email protected] używany do kontaktu z bohaterami tekstów. Jeden z przykładów dotyczył wiadomości wysłanej do Nathan Calvina z Encode. Z kolei analiza narzędzia Pangram, przywołana przez Model Republic, wskazała, że większość publikacji nosiła ślady treści generowanych przez AI: 69% w pełni, a 28% częściowo.
Jak śledztwo połączyło AcutusWire z Leading the Future?
Trop do finansowania opisał Tyler Johnston z Model Republic. Według tego śledztwa za AcutusWire miał stać super PAC Leading the Future, czyli komitet polityczny działający na rzecz kandydatów przychylnych szybkiemu rozwojowi AI i mniej restrykcyjnym regulacjom. W tekście pada też informacja, że PAC zebrał ponad 140 mln dolarów od darczyńców, wśród których wymieniano Grega Brockmana z OpenAI oraz Andreessen Horowitz.
To ważne, bo publikacje AcutusWire miały iść dokładnie w tym samym kierunku: krytyka zwolenników mocniejszych zabezpieczeń, przychylność wobec deregulacji i ataki na osoby ostrzegające przed ryzykami AI. Jeśli finansowanie rzeczywiście płynęło z tego samego środowiska, zanika granica między „newsem” a politycznym narzędziem wpływu.
Co w tej historii najmocniej uderza w OpenAI?
Najbardziej niewygodny jest tu nie sam fakt użycia AI do produkcji tekstów. To już nikogo specjalnie nie szokuje. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy technologia ma wyglądać jak niezależne dziennikarstwo, a w tle pojawia się walka o konkretne przepisy. W takim ujęciu sprawa AcutusWire przestaje być internetową ciekawostką, a robi się testem wiarygodności całego ekosystemu.
Dochodzi do tego jeszcze jeden zgrzyt: OpenAI wcześniej publicznie ostrzegało przed politycznym nadużyciem generatywnej AI. Jeśli więc osoby powiązane z tym środowiskiem wspierają projekt, który ma wpływać na debatę pod przykrywką redakcji, powstaje problem hipokryzji. I to taki, który konkurenci oraz regulatorzy na pewno chętnie wykorzystają.
Dlaczego AcutusWire to sygnał także dla Europy i Polski?
Ta historia jest amerykańska w szczegółach, ale europejska w skutkach. W UE trwa wdrażanie AI Act, a równolegle toczy się spór o to, jak szeroko regulować modele i ich użycie w kampaniach, mediach czy reklamie politycznej. Przykład AcutusWire pokazuje, że problemem nie jest wyłącznie fałszywy obrazek albo deepfake wideo. Równie groźne bywa spokojne, seryjne publikowanie treści udających normalne dziennikarstwo.
W Polsce taki mechanizm też byłby możliwy: tanie strony, automatyczne maile do ekspertów, teksty podpisane fikcyjnymi nazwiskami i dystrybucja w social mediach. Nie trzeba do tego wielkiej operacji. Wystarczy budżet, narzędzia i polityczny cel. To psuje obieg informacji bardziej niż pojedynczy viral, bo działa wolniej i przez to trudniej je wychwycić.
Co dalej z „źródłami”, które brzmią jak redakcja, a działają jak automat?
Najpraktyczniejszy wniosek z tej sprawy jest dość prosty: sam wygląd serwisu nie mówi już prawie nic o tym, kto naprawdę tworzy treść. Czytelnik widzi stronę, autora, cytaty i zdjęcia. Nie widzi za to procesu powstawania tekstu, systemu generowania pytań ani tego, kto opłaca całą operację.
Dlatego podobne przypadki będą coraz częściej wymuszać twardszą weryfikację źródeł, zarówno w mediach, jak i w branży technologicznej. Jeśli rozmówca dostaje pytania od „reportera”, dziś powinien sprawdzić nie tylko redakcję, ale też to, czy po drugiej stronie w ogóle siedzi człowiek. To już nowy standard, nie przesadna ostrożność.
Źródła:
Model Republic, The Verge, Mashable, Yahoo News, Futurism, Wikipedia Leading the Future, The Hill
