Wyobraź sobie narzędzie AI, które bez mrugnięcia okiem ogarnia twoje pliki, robi research w sieci, a nawet klika za ciebie zakupy online – brzmi jak spełnienie marzeń o produktywności? No cóż, dla gigantów takich jak Meta to raczej scenariusz z horroru, bo OpenClaw właśnie trafia na korporacyjne czarne listy, a za jego instalację można pożegnać się z etatem.
TL;DR
- Peter Steinberger, mózg stojący za OpenClaw, oficjalnie dołączył do zespołu OpenAI.
- Meta wprowadziła całkowity zakaz używania OpenClaw na sprzęcie służbowym pod rygorem zwolnienia.
- Firmy Massive i Valere blokują narzędzie, obawiając się niekontrolowanego dostępu do wrażliwych danych.
- Valere prowadzi testy OpenClaw na odizolowanym sprzęcie, próbując wdrożyć autorskie zabezpieczenia.
- Projekt zyskał status globalnego virala w styczniu 2026 roku dzięki ogromnemu wsparciu społeczności.
Co to OpenClaw i skąd jego błyskawiczna popularność?
OpenClaw to darmowe rozwiązanie typu open source, które w listopadzie 2025 roku wypuścił światu niezależny deweloper Peter Steinberger. Zanim projekt stał się globalnym hitem, funkcjonował pod nazwami Clawdbot oraz MoltBot, ewoluując błyskawicznie dzięki armii koderów z X i LinkedIn, którzy dopisywali mu kolejne funkcje. Choć instalacja wymaga odrobiny technicznego zacięcia i wiedzy z inżynierii oprogramowania, efekt końcowy robi wrażenie – bot dosłownie przejmuje stery nad komputerem, wchodząc w interakcję z niemal każdą aplikacją.
Lista zadań? Imponująca: od sprzątania w bałaganie na dysku, przez głęboki research, aż po zarządzanie kalendarzem i finalizowanie zakupów w sieci. Prawdziwa eksplozja popularności nastąpiła w styczniu 2026 roku, kiedy to repozytorium na GitHubie w zaledwie miesiąc zgarnęło dziesiątki tysięcy gwiazdek.
Ironia polega na tym, że narzędzie stworzone, by ułatwiać życie, stało się obiektem pożądania deweloperów marzących o prawdziwej autonomii AI, a jednocześnie postrachem działów bezpieczeństwa. Więcej o tym, jak Steinberger rzucił rękawicę gigantom i o początkach jego wizji, przeczytasz w naszym artykule.
Zakazy w firmach tech: od Meta po Massive
Pierwsze sygnały ostrzegawcze pojawiły się błyskawicznie. Już 26 stycznia 2026 roku Jason Grad, szef Massive – firmy dostarczającej infrastrukturę proxy – wysłał jasny komunikat na Slacku:
„Clawdbot jest niezweryfikowany i generuje wysokie ryzyko, trzymajcie go z dala od maszyn firmowych”.
Strategia Massive była prosta: najpierw blokujemy dostęp, a potem zastanawiamy się, czy to bezpieczne.
Meta poszła o krok dalej w swojej restrykcyjności. Jeden z menedżerów, pragnący zachować anonimowość, wprost zakazał swojemu zespołowi instalacji OpenClaw na laptopach służbowych, stawiając sprawę na ostrzu noża – złamanie zakazu to prosta droga do wypowiedzenia. Podobnie zareagowało Valere, współpracujące z Johns Hopkins University. Gdy 29 stycznia informacja o narzędziu trafiła na wewnętrzne kanały, prezydent Guy Pistone natychmiast zarządził blokadę w obawie o bezpieczeństwo chmury, danych kart płatniczych i firmowych repozytoriów na GitHubie. W kuluarach mówi się, że Meta grozi zwolnieniem każdemu, kto zaryzykuje testy na firmowym hardware.
Inni gracze rynkowi, w tym pewien duży software house, stosują politykę „białej listy” 15 dozwolonych programów, automatycznie odcinając wszystko inne. Z kolei firma Durbink zdecydowała się na zakup dedykowanego sprzętu, który jest całkowicie odizolowany od sieci. Biznes woli dmuchać na zimne, nawet jeśli pokusa sprawdzenia nowinek AI jest ogromna.
Główne obawy: nieprzewidywalność i pułapki bezpieczeństwa
Skąd ta nagła panika w sektorze tech? OpenClaw, mimo swojej potęgi, jest skrajnie nieprzewidywalny – potrafi skutecznie zacierać ślady swojej aktywności, co dla administratorów systemów jest czystym koszmarem. Cyberprzestępcy mogą go łatwo zmanipulować: wystarczy spreparowany e-mail z ukrytą instrukcją udostępnienia plików, a bot, biorąc to za polecenie właściciela, posłusznie „wystawi” dane na zewnątrz. Twórcy złośliwego oprogramowania typu infostealer już zdążyli dopisać Clawdbot do listy swoich priorytetowych celów.
Nieograniczony dostęp do chmury i wrażliwych zasobów na komputerze dewelopera to tykająca bomba – jeden błąd bota i prywatność klientów przestaje istnieć. Eksperci od cyberbezpieczeństwa alarmują, a serwis VentureBeat ostrzega, że skanery Shodan już wyszukują sygnatury OpenClaw w sieci. Okazuje się, że oszustwo przez email to obecnie najprostsza i najbardziej skuteczna metoda ataku na użytkowników tego agenta.
Dodatkowym problemem są rozszerzenia (tzw. skills) dostępne w ClawHub. Wiele z nich to prawdziwe pole minowe – setki wtyczek oblewają testy w VirusTotal. O tym, jak Moltbot nieświadomie otwiera drzwi hakerom, pisaliśmy szerzej tutaj. Dla korporacji OpenClaw to nie asystent, a gigantyczna luka dnia zerowego.
Próby testów: izolacja i proponowane poprawki
Nie każda firma stawia na totalny ban bez sprawdzenia faktów. Valere po tygodniu blokady pozwoliło grupie badawczej uruchomić OpenClaw na starym, oddelegowanym laptopie deweloperskim, by na własne oczy zobaczyć, gdzie leżą dziury. Wnioski? Konieczne jest drastyczne ograniczenie uprawnień do wydawania poleceń, zabezpieczenie paneli sterowania hasłem oraz minimalizacja kontaktu z internetem. Zespół dał sobie 60 dni na opracowanie szczelnego systemu zabezpieczeń – jeśli się nie uda, projekt wyleci z firmy na dobre.
Massive z kolei postawiło na testy w izolowanych środowiskach chmurowych, co zaowocowało powstaniem ClawPod – autorskiej integracji pozwalającej na bezpieczne przeglądanie sieci przez ich własne proxy. Jason Grad przyznaje, że agentyczna przyszłość jest nieunikniona, dlatego wolą ją oswoić niż tylko zwalczać. Obecnie trwają intensywne 60 dni na testy rozwiązań ochronnych w strukturach Valere.
Jako alternatywę dla ryzykownych subskrypcji, specjaliści sugerują korzystanie z modeli takich jak Claude Sonnet przez API lub lokalne uruchamianie modeli 70B, np. Qwen czy Llama, które nie wysyłają danych na zewnętrzne serwery. Z pomocą przychodzi też Skill Scanner od Gen Digital, który analizuje uprawnienia wtyczek niczym etykietę ze składem produktu.
Przyszłość OpenClaw: Steinberger w OpenAI i komercjalizacja
Pod koniec stycznia 2026 roku nastąpił niespodziewany zwrot akcji: Peter Steinberger oficjalnie zasilił szeregi OpenAI. Firma kierowana przez Sama Altmana zadeklarowała, że utrzyma projekt w formule open source pod egidą specjalnej fundacji, a sam Steinberger ma stać się twarzą rozwoju asystentów osobistych. Sam Altman nie szczędził pochwał na X, nazywając go geniuszem z wizją multi-agentowej przyszłości, która zmieni sposób, w jaki korzystamy z technologii.
Media takie jak TechCrunch i The Verge sugerują, że mamy do czynienia z klasycznym „acqui-hire”, co jasno pokazuje, w którą stronę idzie branża: od prostych chatbotów do w pełni autonomicznych agentów wykonawczych. Massive już szuka sposobów na monetyzację ClawPod, a Guy Pistone z Valere uważa, że wyścig wygra ten, kto pierwszy dostarczy bezpieczne rozwiązanie dla biznesu. Steinberger oficjalnie dołączył do OpenAI w lutym 2026 roku, co zamyka pewien etap historii.
I tak oto viralowy projekt austriackiego dewelopera, który zaczął się jako weekendowe hobby, trafia pod skrzydła giganta. Czy OpenAI zdoła okiełznać problemy z bezpieczeństwem, czy OpenClaw okaże się tylko kolejnym przejściowym trendem? Podczas gdy deweloperzy eksperymentują lokalnie, korporacje pozostają nieufne – era agentów AI dopiero się rozkręca.
Źródła: Wired (główne źródło), The Verge, TechCrunch, VentureBeat, Ars Technica, ZDNet
